Jesienne wspomnienia

Jesień plecień, bo przeplata... a nie, to chyba szło jakoś inaczej. Podobno nawet Warszawa da się lubić, to czemu by nie polubić tej złotej pory roku? 

Jak najbardziej wiem, że pada, że błoto, że ciemno, że buro. Ten okres kojarzy mi się z wieloma pozytywnymi rzeczami. Nie wiem, czemu teraz wyszukuję coraz więcej negatywów tej pory roku. 

Pamiętam, że jako dziecko zawsze wyczekiwałam Pani Jesieni z ekscytacją. Wiecie, że zawsze nie mogłam się doczekać aż pójdę do szkoły? Brak rodzeństwa do 13 roku życia potrafi wpłynąć na człowieka. Cieszyłam się na samą myśl, że więcej czasu będę spędzać z rówieśnikami. Cieszyłam się na nowy rok szkolny, zadania i wyzwania. Do tej pory uwielbiam wszelkie wyzwania i rozwój. Coś tam się we mnie ukształtowało. Nowe przedmioty, nauczyciele, zeszyty i inne przybory szkolne wprawiały mnie w dobry humor.


Będąc małym brzdącem kochałam zbierać kasztany. Razem z mamą wsiadałyśmy w niebieskiego Fiata Seicento i ruszałyśmy tam, gdzie są kasztanowce. To było tuż obok miejskiej fabryki, obok wejścia dla pracowników. Potrafiłam chodzić i wrzucać do torby całą masę kasztanów dopóki teren nie pozostał czysty. Zbierały się dwie, czy też trzy torby. A potem robiłyśmy z nich ludziki, zwierzęta, czy różaniec na lekcję religii. Siedziałam tak długimi godzinami i cieszyłam się z moich małych dzieł jak głupia.

Zrywanie jarzębiny to był kolejny rytuał. Nie wiem, co mi tam w tym małym móżdżku się ubzdurało, ale byłam prawie pewna, że ta roślina jest pod ochroną. Jak tylko nauczycielki prosiły o przyniesienie jarzębiny na lekcje, to zrywając ją stresowałam się, że złapie mnie policja i mnie zamkną za zrywanie jarzębiny. Rozglądałam się dookoła i nogi mi się trzęsły. Serce pewnie też szybciej zabiło.  Nie chciałam dzielić losu innych jarzębinowych skazańców. Nie tak widziałam swoją przyszłość.

Jeżeli ktoś z Was w dzieciństwie nie zebrał chociaż jednego, kolorowego liścia to śmiało mogę stwierdzić, że nie miał dzieciństwa. W przedpokoju stała wielka książka telefoniczna - to w niej suszyłam ulubione okazy, a potem obrysowałam je na kartkach, malowałam farbami lub wyklejałam plasteliną. Właśnie zdałam sobie sprawę, że chyba lubiłam plastykę. Prace wisiały potem w gablotkach przedszkolnych i szkolnych. Jaka to była satysfakcja.



Zdarzało się też rodzinnie zbierać grzyby. Wujek tłumaczył, które grzyby są jadalne, a które nie. To ciekawe, że jako maluch nie bałam się tak bardzo obcowania z lasem, jak ma to miejsce teraz. No bo wiecie... dziki nie darzą mnie sympatią i działa to w drugą stronę. I jeszcze ogromne, czarne pająki na swoich pajęczynach. Zdecydowanie brakuje mi dziecięcej beztroski. Jak to odzyskać?

Sentymentalnie się zrobiło. Ale to chyba dobrze. Sentymenty też są w życiu potrzebne tak od czasu do czasu.

A Wy jak wspominacie swoje dzieciństwo podczas jesieni?
Może jest tutaj ktoś, kto nigdy nie zbierał kolorowych liści? 
Pokażcie mi się! Nie gryzę :)




Popularne posty z tego bloga

Dziewczyno - nie przepraszaj!

Z pamiętnika grubaska, czyli jak przeżyć pierwszy tydzień bez słodyczy

BIBLIA BLOGERÓW - przeczytałam i nie zrecenzuję!